O Legii. O Crystal Palace. O Arsenalu. O piłce.
Blog > Komentarze do wpisu

Londyn 2013

Już trzeci rok z rzędu udałem się do Londynu, głównie z zamiarem obejrzenia spotkań piłkarskich. Dlaczego Polski matchday nie umywa się do tego angielskiego? Jak mawiał trener Hajto - "decydują detale".

CP - Cardiff 2-0, foto:własne

Jak każdą podróż, wyjazd na mecze też trzeba dobrze zaplanować. Najlepiej znaleźć kogoś, kto będzie skłonny ci towarzyszyć, a potem zdecydować, jakie spotkania chcemy obejrzeć. Z tym akurat problemu nie było - wiadomo, musimy zobaczyć Crystal Palace na żywo w Premier League. W momencie zakupu biletów wiele znaków zapowiadało, że może to być jedna z niewielu okazji w najbliższych latach. Na drugi mecz do wyboru pozostawało odwiedzenie Fulham lub Arsenalu. Jako że na Kanonierów nie można kupić biletów drogą internetową jeszcze z Polski, wybór był jasny.

Palace - Cardiff - to spotkanie zapowiadało się bardzo obiecująco. Mecz, na który nie powinno być problemu z otrzymaniem biletów, do tego rywal, z którym na pewno można powalczyć. Tutaj niestety niemiła niespodzianka. Klub postanowił wprowadzić po awansie obowiązkowy membership, bez którego nie da rady kupić biletów. Tak zamiast około 25-30 funtów, które płaciliśmy w poprzednich latach, na jeden mecz trzeba było przeznaczyć łącznie 53 funty. Do tego w niedzielę na dokładkę spotkanie Fulham - Aston Villa za "drobne" 40 funtów.

Z wyjazdu wyciągnąłem kilka luźnych wniosków, stąd tekst może wydawać się mało spójny.

Przed sezonem na Selhurst wymieniono krzesełka. Stadion ogólnie prezentuje się zdecydowanie lepiej niż w poprzednich lata i tutaj możemy przejść do wyliczania wspomnianych detali. Pod trybuną fanatyków Palace wiszą płaskie telewizory, na których przed meczem można było oglądać już trwające spotkanie MU z Newcastle, oczywiście z piwem w ręku, a w przerwie zapoznać się z wynikami innych, równolegle rozgrywanych spotkań. U nas telewizory zapewnie powisiałyby 2 tygodnie - w końcu tak jak kiedyś umywalki i ubikacje sprowokowały kibiców, tak telewizorom mogłoby to zrobić jeszcze łatwiej, gdyby informowały o wygranej, dajmy na to - Lecha.

"Na stadionach w Anglii nie ma atmosfery" - jak mantrę powtarzają ludzie zaangażowani w kibicowskie życie w Polsce. Nie dopuścimy do tego u nas!.Wystarczy pojechać na Palace i zobaczyć, jak fani w Anglii potrafią się bawić. Rozśpiewane trybuny przez 90 minut, żadnych negatywnych emocji, przekleństw pod adresem drugiej drużyny. Można? Jak widać można.

Jak wygląda planowanie wyjazdów na mecze w Polsce? Zazwyczaj, jeśli nie masz odpowiedniego stażu wyjazdowego, usłyszysz "s*ierdalaj". W Anglii jednym wagonem metra na mecz potrafi jechać starsza kobieta w koszulce Aston Villi, a obok niej siedzieć osiłek w barwach Fulham. I tak na meczach wyjazdowych widać osoby młode, starsze, a nawet rodziny z dziećmi. Oczywiście na Legii możesz kupić bilet z puli przeznaczonej dla klubu, nie tylko dla stowarzyszenia, ale w takiej sytuacji nie dość, że człowiek będzie się bał, czy nie dostanie po głowie od gospodarzy i policji, to jeszcze nie wie, co go może spotkać od "braci po szalu" za to, że nie jest wystarczająco "kumaty".

Craven Cottage, foto:własne

Na stadionie Fulham za jedną z bramek znajduje się trybuna mieszana, na której siedzieliśmy. Trochę kibiców gospodarzy, w większości jednak goście. Przesiąknięci tym co mamy w Polsce sami nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Oczywiście niepotrzebnie. Nikt nikomu nie ubliża, nikt nikomu nie grozi. Wyjście na mecz lub wyjazd za swoją drużyną to po prostu dość droga rozrywka połączona ze wspieraniem swoich. Nikt nie myśli o konfrontacji, czy "bronieniu" honoru swojego miasta, jak to często słychać na naszym podwórku.

A jak wygląda współpraca kibiców gości z policją? Wychodząc ze stacji metra jedni z uśmiechem na ustach pytają, którędy na stadion, drudzy, również z uśmiechem, wskazują drogę. Do tego jeszcze krótka pogawędka o zbliżającym się spotkaniu. Już widzimy ten uśmiech na twarzy polskiego policjanta, kiedy ktokolwiek w szaliku coś by od niego chciał.

Emirates Stadium, foto:własne

Przed spotkaniem Fulham udaliśmy się jeszcze na Emirates. Na stadionie od strony sektora gości wielki baner "Welcome Everton fans". Tu też oczyma wyobraźni widzimy, jak kibiców Lecha wita wielki baner "Kibiców Lecha witamy na Łazienkowskiej" - kolejny niby nic nieznaczący detal, który jednak mógłby zacząć powoli zmieniać podejście niektórych ludzi.

Programy meczowe

Co jest najfajniejszą pamiątką z meczu w Anglii - oczywiście program meczowy dedykowany specjalnie każdemu spotkaniu w cenie 3,5 funta na poziomie Premier League. Słowo od trenera, artykuł od kapitana, nawet prezes specjalnie napisze coś dla nas przed najbliższym meczem. Do tego masa wywiadów, statystyk, trochę historii i przedstawienie rywala. A w Warszawie? Klub wywiesza białą flagę - najpierw sprowadzając klubowy tygodnik do roli miesięcznika, a potem kwartalnika. Niewątpliwy sens miało czytanie w czerwcu, że na początku marca (10 kolejek temu!) Legia wygrała z Ruchem i była 3 w tabeli. Tak prowadzony periodyk nie cieszył się powodzeniem, w związku z czym rok temu kompletnie wycofano go ze sprzedaży.

Jaki model jest najbardziej optymalny: polski czy angielski? Model Palace. Frekwencja na Legii pokazuje, że model polski się nie sprawdza. Ultrasom, którzy żyją w przekonaniu, że kibice przychodzą na mecz tylko po to, żeby posłuchać dopingu, wystarczy pokazać puste trybuny z ostatnich spotkań. Model angielski pewnie jest na Polskę za spokojny, dlatego atmosfera Palace wydaje się optymalna.

Część z wymienionych kwestii jest oczywiście nie do przeskoczenia z powodu mentalności w naszym pięknym kraju, ale tego typu sprawy, jak programy meczowe czy wyzbycie się wszechobecnego chamstwa jest do zrobienia. Wystarczy trochę dobrych chęci ze strony klubu i skupienie się na wspieraniu swoich, a nie ciągłej nienawiści.

Co do samych meczów: Palace zagrali jedno z lepszych spotkań w sezonie. Bardzo dobrzy byli Jerome i Bannan, co tylko pokazuje, że piłkarza nie można oceniać po kilku meczach, tylko należy mu dać więcej czasu na pokazanie umiejętności. Jednak najlepszy był dla mnie Chamakh, który wyrósł na prawdziwego lidera drużyny. Marokańczyk rozgrywa, strzela, motywuje kolegów, a nawet odbiera piłki wślizgami! Widać, że chce udowodnić wszystkim w Anglii, że za wcześnie go skreślono.

Na Fulham frajdą było oglądanie samego Berbatova, który z gracją poruszał się po boisku praktycznie nie biegając, a i tak był na nim najlepszy. Nie spodziewałem się natomiast, że Aston Villa jest aż tak słaba.

Palace mają już 13 punktów, więc niechlubnego rekordu Derby nie pobiją, o co w chwilach zwątpienia zaczynałem się poważnie martwić. Na ten moment przyszłość rysuje się w zdecydowanie jaśniejszych barwach. Dlatego w przyszłym roku może znowu uda się zobaczyć mecz Premier League na Selhurst Park.

sobota, 14 grudnia 2013, mk.sk

Polecane wpisy